Andrzej Bargiel wyrusza na podbój Everestu

We wtorek Andrzej Bargiel, który w lipcu 2018 r., jako pierwszy na świecie zjechał na nartach ze szczytu K2 (8611 m), wyrusza na podbój Everestu, najwyższej góry świata (8848 m). Chce zdobyć go bez tlenu i zjechać na nartach. “Ten wybór to konsekwencja poprzednich wypraw” – powiedział PAP.

PAP: Po spektakularnym sukcesie na K2 (8611 m) w lipcu 2018 roku, gdy jako pierwszy w historii zjechał pan na nartach z drugiego co do wysokości szczytu ziemi, chce pan powtórzyć wyczyn na Evereście. Skąd kolejny pionierski pomysł?

Andrzej Bargiel: To moja szósta wyprawa projektu „Sunt Leones” (to łacińska sentencja oznaczająca odległe, nieznane regiony, których eksploracja łączy się z niebezpieczeństwem i ryzykiem – PAP). Jest ona konsekwencją poprzednich ekspedycji, począwszy od Sziszapangmy (8013 m) w 2013 roku. To stopniowanie trudności. Myśl, by zjechać z Dachu Świata, najwyższego szczytu na ziemi, bez używania podczas wspinaczki i zjazdu tlenu pojawiła się właśnie po ostatniej wyprawie. Pomyślałem, że to właśnie ten czas – jestem w formie, chcę wykorzystać umiejętności i doświadczenia.

PAP: W 2000 roku Słoweniec Davo Karnicar zjechał z Everestu na nartach, ale używał podczas akcji tlenu. Pan stawia sobie poprzeczkę wyżej, dlaczego?

A.B.: Traktuję to co robię jako wyzwanie sportowe, więc od początku wiedziałem, że próbę podejmę bez tlenu. Sam jestem ciekaw jak mój organizm będzie reagował na tę wysokość, tym bardziej, że będziemy tam w okresie jesiennym, a to zupełnie inne warunki niż wiosną, gdy Everest szturmują tłumy.

PAP: Jakie trudności czekają na pana na Evereście? Jaką obierze pan trasę zjazdu, skoro u podstawy góry leży słynny lodowiec Icefall – labirynt szczelin…

A.B.: O wyborze trasy zadecyduję na miejscu, po tym jak dokonamy rozeznania warunków. Pewne jest, że przez Icefall nie będę jechał. Pokrywa śnieżna na Dachu Świata mogła się zwiększyć nawet o 20 m po przejściu latem monsunu z opadami, ale sytuacja jest zmienna. Jesienią na pewno nie ma tych tłumów ludzi co wiosną, bo jasne, że taka liczba osób utrudniałaby mój plan. Chcę pokazać, że i w tak znanym miejscu można szukać samotności i realizować swoje plany.

PAP: Najtrudniejsze partie zjazdu pana zdaniem to…

A.B.: Dolna część trasy oraz zjazd z wierzchołka na Przełęcz Południową, w okolice zakładanego na tej wysokości obozu IV. W tej fazie powinienem się trzymać nieco poniżej linii grani.

PAP: Na ile przygotowania do zjazdu z Everestu, najwyższej góry świata, różniły się od poprzednich projektów?

A.B.: Zawsze przed każdą wyprawą staram się wymyśleć coś nowego w przygotowaniach, by nowe bodźce wpłynęły na moje zachowanie już na miejscu, na górze. Z każdym rokiem moje doświadczenie rośnie i to pozytywnie wpływa na bezpieczeństwo i skuteczność tego co robię. Modyfikuję treningi, sięgam po nowe rozwiązania techniczne i technologiczne. Jedną z nowości jest kombinezon, w którym będę zjeżdżał.

PAP: Czym różni się on od poprzednich?

A.B.: Oprócz nowych rozwiązań technicznych jest specjalny także z innego powodu – grafiki umieszczone na nim zaprojektowały dzieciaki z domu dziecka w Łętowni, gdzie się wychowywałem i dzieci mojego rodzeństwa. Wszyscy, którzy pracowali nad projektem są emocjonalnie związani ze mną. Ten strój to także dla mnie duży zastrzyk energii i motywacji. Tematem rysunków jest kosmos, bo Everest jest bliżej niego niż jakikolwiek punkt na ziemi. Po wyprawie będzie można zlicytować kombinezon, a pieniądze trafią właśnie do dzieciaków z domu dziecka.

PAP: Jest pan ratownikiem Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Gdzie jest pana granica między bezpieczeństwem a podejmowaniem ryzyka?

A.B.: Nie podejmuję ryzykownych decyzji. Mam świadomość swojego organizmu. Większe umiejętności pozwalają przesuwać granicę ryzyka, ale nigdy jej nie przekraczam. Precyzyjne planuję przygotowania fizyczne. Można rozwijać pewne cechy, elementy, które są słabsze, ale kluczowe jest właśnie przepracowanie okresu przed wyprawą. Czuję się mocno i pewnie.

PAP: Jest pan przygotowany równie dobrze logistycznie i sprzętowo?

A.B.: Tak. Mam różne rodzaje butów, nart, sprzęt wspinaczkowy, przez co jestem przygotowany na różnorodne warunki. To daje mi spokój i pewność, że niezależnie od tego, co by się działo, mam plan B i C. Wybór co do sprzętu zapada u podstawy ściany, po rekonesansie i aklimatyzacji. Na pewno będą używał innych nart niż na K2, gdzie było mniej śniegu.

PAP: Jak wyglądają ostatnie godziny przed atakiem i zjazdem? Jak długo potrwa pana narciarskie wyzwanie?

A.B.: Przed atakiem szczytowym jest spokój, koncentracja. Realna ocena sytuacji. Wiem, że finał jest zawsze na dole, w bazie i temu podporządkowuję wszystkie decyzje. Myślę, że zjazd potrwa podobnie jak na K2 – trzy, trzy i pół godziny. Może cztery maksymalnie, ponieważ z moją ekipą staramy się uwiecznić to, co robię na filmie, a to spowalnia zjazd.

PAP: Kto będzie panu towarzyszył w drodze do bazy i w akcji górskiej?

A.B.: Jadą moi bracia: starszy Grzegorz, ratownik TOPR i młodszy Bartek, który zajmuje się m.in. obsługą drona razem z Grzegorzem Pająkiem, fotograf Marek Ogień, Jakub Gzela. Ponadto nestor polskiego himalaizmu, osoba niezwykle pozytywna, która uczestniczyła w moim pierwszym projekcie Piotr Snopczyński, który będzie kierownikiem w bazie oraz Jakub Poburka, ratownik GOPR.

PAP: Wspinać będzie się pan z…

A.B.: Brat Grzegorz i Kuba Poburka to mój support wspinaczkowy. Jest pomysł, by i oni spróbowali wejść na Everest, ale wszystko okaże się na miejscu. Wtedy zobaczymy, na ile nasze plany będzie można zrealizować.

Rozmawiała Olga Miriam Przybyłowicz (PAP), Foto: Wikmedia

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *