OPOWIEŚĆ WYRODNEJ MATKI

Moja historia zaczyna się 13 lat temu, kiedy urodziłam syna, ładny, zdrowy bobas, ale ja go nie chciałam - 17 lat, gówniara byłam, durna małolata.
Poczęcie nastąpiło w samochodzie, po dyskotece, a „ojciec”, gdy się dowiedział, że jestem w ciąży, wybuchnął śmiechem:
- Niby ja? A ilu gostków zaliczyłaś tego wieczoru?Gdy urósł mi brzuch zaczęły się dramaty.
Zwolnili mnie z pracy w butiku, co zrozumiałe, bo jak babsko z brzuchem ma zachwalać stringi?
Czułam się bez sensu, upokorzona, zła, na życiowym aucie. Siedziałam w chacie, z brzuchem nigdzie nie wyjdziesz, masakra.
Urodziłam Pawełka, ale widziałam w nim tylko przyczynę moich niepowodzeń, kulę u nogi, stanowczo nie nadawałam się na mamuśkę.
Co innego moja matka. Zwariowała na punkcie wnuka i zajęła się nim bez reszty.
Znajoma, jeżdżąca do pracy w Niemczech, dużo starsza ode mnie podsunęła mi pomysł: – Dziewczyno jedź ze mną, zarobisz kasę i wrócisz, co masz tu siedzieć i się kisić.
I tak wyjechałam z nią do Dortmundu, bilet w jedną stronę, jak w piosence. Właściwie na siłę, bo ojciec i mama byli innego zdania, właściwie to uciekłam.
Od razu powiem uczciwie, że start miałam ułatwiony, bo mówiłam po niemiecku. Śląska familia, mama z babcią mnie nauczyły. No i co najważniejsze, po ojcu miałam pochodzenie i bez problemu dali mi obywatelstwo. Koleżanka miała rację, tu jak się chce można żyć i zarobić. Trzeba mieć tylko zęby i pazury. A ja mam.
Nie pamiętam kiedy pojawiła mi się tęsknota za dzieckiem. Niby było ciągle moje, ale zajmowała się nim moja matka, ja nie miałam moralnego prawa do swojego syna. Zwyczajnie go porzuciłam. Dla spokoju sumienia przysyłałam paczki i w miarę możliwości pieniądze. Bo oni tam z głodową rentą klepali biedę, nie da się ukryć.
Czasem pojawiała mi się myśl: a może przyjechać do Polski, stanąć przed nim i powiedzieć: - Pawełku, to ja, Twoja mama…
- To nie jest dobry pomysł, chłopak wie, że mama nie żyje, zginęła w wypadku, nie można mu mącić w głowie – to surowe słowa mojej mamy.
Mijały lata, żyłam swoim życiem, sama ale nie znaczy, że samotna. Tylko, że zwykle trafiały mi się same chude golasy bez kasy, nic poważnego.
Dwa tygodnie temu zadzwoniła ciotka Helenka:
- Twoja matka jest umierająca, rak, przyjedź się z nią pożegnać.
Przyjechałam bardzo przejęta, chyba nawet trochę przestraszona, bo po raz pierwszy miałam spotkać się z Pawełkiem. Wiedziałam jak wygląda, dostawałam jego zdjęcia, ale teraz mieliśmy się zobaczyć na żywo.
Spotkaliśmy się na w szpitalu na korytarzu, przedstawiono mu mnie jako ciotkę z Niemiec. Patrzyłam na szczupłego, biednie ubranego kilkunastolatka i po głowie chodziła mi myśl: - Ale on jest do mnie podobny!
Gdy stanęliśmy przy łóżku matki stała się rzecz niezwykła, dosłownie ścięło mnie z nóg, bo ona nagle odpaliła:
- Muszę Ci Pawle powiedzieć prawdę – to jest Twoja matka. Ukrywaliśmy to przez cały czas przed Tobą, ale nie mogę z tym kłamstwem odejść z tego świata.
Dziwne, ale Paweł przyjął to spokojnie, odsuwając się jednak, gdy chciałam go przytulić. Potem powiedział mi, że od pewnego czasu coś podejrzewał, trafił na moje zdjęcia w albumie i zauważając nasze podobieństwo zapytał ciotkę Helenkę, kto to jest ta kobieta. Ona odparła mu, że nikt ważny, nie warto o mnie mówić.
Na pogrzebie doszło do wielkiej awantury, przez ciotkę Helenkę i wujka Leona.
Powiedziałam im, że zabieram Pawła do Niemiec.
- Hola! Hola! – powiedziała ciotka – Już złożyłam papiery o przekazanie mi praw rodzicielskich. Wyszlajała się panna po niemieckich burdelach i teraz przypomniała sobie o synu?
Wzięłam go na bok i zapytałam wprost:
- Czy chcesz być ze mną i wyjedziesz do Niemiec? Czy zostajesz tu z nimi.
I jaka była moja radość, gdy powiedział poważnym głosem:
- Tak… mamo... A czy kupisz mi takiego smartfona jak Twój?
Kupiłam i dorzuciłam jeszcze tableta.
Jesteśmy razem, jaki on jest do mnie podobny…

Rubryka pod redakcją Moniki Mój
mojmonika@yahoo.de

Comments are closed.