Rosjanie podmienili skrzynki z tupolewa?

Fotos: PAP/Wojciech Pacewicz

10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku Rosjanie znaleźli nieuszkodzone rejestratory lotu polskiego tupolewa, które po zapakowaniu w worki zostały zabrane z wrakowiska i zniknęły. W ich miejscu kilka godzin później pojawiły się identycznie wyglądające skrzynki, tyle że z poważnymi uszkodzeniami - podaje "Gazeta Polska".

W środowym wydaniu "GP" opublikowała protokoły oględzin miejsca katastrofy smoleńskiej, sporządzone przez funkcjonariuszy rosyjskich. Według informacji gazety, dokumenty te znalazły się w aktach rosyjskiego i polskiego śledztwa (tom 167, karty 34700, 34702, 34704; tom 177, karty 43428, 43429). "Przez lata żaden z polskich prokuratorów - ani przed 2015 r., ani potem - nie poddał ich jednak dokładnej analizie" - czytamy w artykule.

Z analizy dokumentów przez dziennikarzy "Gazety Polskiej" wynika, że "rosyjscy funkcjonariusze odnaleźli po godz. 14.30 najważniejszy dowód w badaniu katastrofy - rejestrator lotu z Tu-154. Stwierdzili, że nie jest on uszkodzony, zapakowali go w polietylenowe worki, oznakowali i zabrali z miejsca katastrofy +celem przekazania MAK+".

Z dalszej części dokumentu opublikowanego w artykule znajduje się zapis, z którego wynika, że "powyższy rejestrator zabezpieczono i zapakowano do pudełka kartonowego. Pudełko kartonowe zaklejono skoczem. Na pudełku naklejono białą kartkę papieru z notatką informującą: +Rejestrator pokładowy nr 1+. Na powyższej kartce papieru umieszczono podpisy osób uczestniczących w czynnościach oraz śledczego".

Z analizy dokumentów przez "Gazetę Polską" wynika, że "wieczorem w tym samym sektorze wrakowiska Rosjanie po raz drugi znaleźli rejestrator MŁP-14-5, który - jak wynika z protokołów - wcześniej w stanie nieuszkodzonym został zapakowany do worków i przekazany MAK".

Urządzenie znalezione wieczorem stało się podstawowym dowodem w śledztwie rosyjskim, a pochodzące z niego kopie - fundamentem raportów MAK i komisji Jerzego Millera - podaje gazeta. Według "GP", wykluczone jest, "że w obu przypadkach mogło chodzić o te same urządzenia". Tłumaczy, że "rejestratory znalezione po południu zostały poddane dokładnym (z protokołu wynika, że trwającym nawet kilka godzin) oględzinom - i nie wykazały żadnych uszkodzeń". W artykule podkreślono, że według dokumentów rejestratory zabezpieczono i zabrano z miejsca katastrofy, tymczasem "skrzynki odnalezione po godz. 20.30 były wyraźnie uszkodzone".

"Gazeta Polska" przypomina również, że oficjele rosyjscy "późnym popołudniem i wieczorem 10 kwietnia mówili, że +deszyfracja czarnych skrzynek już się rozpoczęła+ (m.in. minister ds. sytuacji nadzwyczajnych Siergiej Szojgu), że +odnaleziono czarne skrzynki, wynika z nich, iż pilot lądował mimo zakazu rosyjskich kontrolerów lotu+ (przewodniczący Komitetu Śledczego przy Prokuraturze Generalnej Aleksander Bastrykin)". "Także Edmundowi Klichowi, późniejszemu akredytowanemu przedstawicielowi RP przy komisji Anodiny, wymsknęło się, że pokazane mu wieczorem 10 kwietnia czarne skrzynki mogły być już przez Rosjan wcześniej przemieszczane" - czytamy w artykule. Zdaniem "GP", "wszystko wskazuje więc na to, że Rosjanie dokonali niebywałej w dziejach badania katastrof lotniczych i wręcz potężnej manipulacji, podmieniając oryginalny rejestrator parametrów lotu na inne urządzenie".(PAP, skrót redakcji)

Comments are closed.