
W połowie lipca na jednej ze stacji paliw w Swarzędzu doszło do niecodziennej interwencji służb. Mężczyzna zgłosił policji, że w jego samochodzie, przy wlewie paliwa, znajdują się podejrzane urządzenia. Istniało podejrzenie, że może chodzić o ładunek zagrażający bezpieczeństwu.
Na miejsce skierowano znaczne siły policji, straży miejskiej, Państwowej Straży Pożarnej oraz pogotowia ratunkowego. Służby zabezpieczyły teren wokół stacji. Zamknięto pobliskie drogi, a także wstrzymano ruch pociągów na linii Swarzędz–Poznań–Antoninek. Ewakuowano również znajdujące się w pobliżu punkty handlowe i usługowe. Dodatkowo odcięto ciągi gazowe.
– Na miejsce skierowano znaczne siły i środki, których celem było zneutralizowanie potencjalnego zagrożenia. Miejsce akcji wraz z policjantami zabezpieczała straż miejska, Państwowa Straż Pożarna oraz pogotowie ratunkowe – przekazał Michał Wiśniowski z poznańskiej policji.
W samochodzie faktycznie znajdowało się niebezpieczne urządzenie
Policjanci zabezpieczyli elementy znalezione przy wlewie paliwa. Następnie sprawą zajęli się funkcjonariusze wydziału kryminalnego oraz dochodzeniowo-śledczego, którzy mieli ustalić, w jaki sposób urządzenie znalazło się w samochodzie i kto za tym stał.
Badania przeprowadzone przez biegłych potwierdziły najgorszy scenariusz. W samochodzie znajdowało się urządzenie zapalające z niewielkim materiałem pirotechnicznym.
– Umieszczenie tego w baku samochodu zagrażało życiu i zdrowiu wielu osób – powiedział Michał Wiśniowski.
Śledczy analizowali nagrania z monitoringu, przesłuchiwali świadków oraz dokładnie oglądali samochód. Zebrany materiał pozwolił im ustalić, kto odpowiadał za umieszczenie urządzenia.
Zaskakujący zwrot w śledztwie
Ustalenia policjantów okazały się zaskakujące. Za umieszczenie ładunku w samochodzie odpowiadał bowiem jego właściciel, który wcześniej sam powiadomił służby o zagrożeniu.
Podczas przeszukania jego mieszkania policjanci znaleźli półprodukty mogące służyć do budowy ładunku wybuchowego oraz mieszaninę pirotechniczną podobną do tej, którą zabezpieczono w samochodzie.
35-letni Jerzy B. został zatrzymany. Mężczyzna usłyszał dwa zarzuty: spowodowania niebezpieczeństwa eksplozji zagrażającej życiu i zdrowiu wielu osób oraz składania fałszywych zeznań i tworzenia dowodów.
Grozi mu do 10 lat pozbawienia wolności. 35-latek nie przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień.
Chciał skierować podejrzenia na kobietę
Śledczy ustalili również, że mężczyzna próbował zmylić prowadzących postępowanie. Na zabezpieczonym urządzeniu znaleziono bowiem nie tylko ślady biologiczne należące do podejrzanego, ale również ślady kobiety.
Jak wyjaśnił prokurator Łukasz Wawrzyniak, ślady kobiety miały zostać naniesione na urządzenie celowo.
– Z ustaleń prokuratury wynika, że ślady zostały naniesione na ładunek celowo, aby skierować na kobietę podejrzenia śledczych – przekazał Łukasz Wawrzyniak.
Ostatecznie śledczy ustalili, że podejrzane urządzenie w samochodzie umieścił jego właściciel, a zgłoszenie całego zdarzenia miało od początku wprowadzić służby w błąd.
radiozet.pl






