
Niepozorni, często wyglądający uroczo – zachwycali kolorami czy puchatymi futerkami. Jednak lista gatunków inwazyjnych w Polsce była długa i obejmowała zarówno rośliny, jak i zwierzęta. Nie były one mile widziane, ponieważ wyrządzały poważne szkody w środowisku. Jak się tu znalazły? Najczęściej odpowiadał za to człowiek – poprzez handel, hodowlę czy nieprzemyślane wypuszczanie do natury. W ten sposób rodzima przyroda stawała się zagrożona.
Jednymi z najbardziej inwazyjnych i ekspansywnych zwierząt w Polsce okazały się szopy pracze. Wyglądały słodko – miały piękne oczy, pyszczki i futro. To właśnie ich urok sprawił, że ludzie zaczęli je hodować, a następnie zabijać dla skór. Niemcy otworzyli fermy futrzarskie, z których część szopów uciekła, a inne zostały wypuszczone.
Nie zważały na granice ani politykę. Po II wojnie światowej osiedliły się w Polsce. Szybko okazało się, że znalazły tu idealne warunki: brak naturalnych wrogów, odporność na choroby, bogata baza pokarmowa. Były sprytne, świetnie pływały i wspinały się, a ich łapki działały niemal jak ludzkie dłonie. Zaglądały do śmietników, wyjadały ptasie jaja z dziupli, polowały na gryzonie, ryby i ptaki. Ich obecność zwiększała konkurencję o zasoby i nasilała drapieżnictwo, a dodatkowym problemem były choroby i pasożyty, które przenosiły.
Gatunki inwazyjne – problem narastający
Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Gdańsku wskazywała, że głównymi drogami rozprzestrzeniania się gatunków inwazyjnych były hodowle futerkowe i ucieczki z ferm. Podobny mechanizm dotyczył handlu zwierzętami domowymi, akwarystycznymi czy celowych wypuszczeń egzotycznych osobników. Gatunki morskie rozprzestrzeniały się także poprzez wody balastowe statków czy zanieczyszczenia kadłubów.
W 2024 roku w Polsce miał powstać Centralny Azyl dla Zwierząt, który zapewniłby schronienie inwazyjnym gatunkom. Jednak projekt utknął z powodu politycznych komplikacji i protestów mieszkańców planowanej lokalizacji. Ustawa regulująca kwestie IGO (inwazyjnych gatunków obcych) miała wiele luk, m.in. nie przewidywała sterylizacji czy kastracji szopów, co mogłoby ograniczyć ich populację.
Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska podkreślała, że każde stwierdzenie obecności IGO w środowisku stanowiło zagrożenie dla bioróżnorodności i wymagało działań zaradczych – od izolacji po eliminację.
Azyle – ostatnia szansa dla intruzów
Zgodnie z prawem myśliwi mogli polować na szopy i inne gatunki inwazyjne przez cały rok, co budziło sprzeciw części społeczeństwa. Niektóre zwierzęta trafiały do ogrodów zoologicznych lub prywatnych azylów. Było ich jednak niewiele, a na Pomorzu nie istniał ani jeden.
Jednym z wyjątków było Szopowisko na Dolnym Śląsku – pierwszy w Polsce azyl oficjalnie uznany przez Generalną Dyrekcję Ochrony Środowiska. Założył go lek. wet. Grzegorz Dziwak, który od 2016 roku opiekował się szopami. Jego przygoda zaczęła się od dwóch samic – Szarej i Czarnej. Jak wspominał: „zaszopowało mnie totalnie”. Po zmianie prawa zakazującego hodowli szopów postanowił stworzyć miejsce, w którym te zwierzęta mogły żyć do końca swoich dni.
Szopowisko stało się domem dla 235 szopów, które miały tam hamaki, zjeżdżalnie i tory przeszkód. Publikowane w mediach społecznościowych nagrania pokazywały, jak zwierzęta szukały kontaktu z opiekunem, wspinały się na niego i dotykały łapkami jego głowy.
Fundacja, utrzymująca się głównie z darowizn, opiekowała się także innymi zwierzętami – norkami, nutriami, papugami, emu, owcami czy psami. Azyl dawał szansę na życie w godnych warunkach tym gatunkom, które w naturalnym środowisku były traktowane jako intruzi.
dziennikbaltycki.pl