
Nieprzemyślany żart podczas odprawy na lotnisku może słono kosztować. Przekonała się o tym 61-letnia kobieta, która na gdańskim lotnisku wspomniała o bombie. W efekcie interweniowała Straż Graniczna, pasażerka straciła możliwość odbycia zaplanowanego lotu do Norwegii i musiała zapłacić mandat.
Służby nie mogą lekceważyć żadnych informacji dotyczących potencjalnych zagrożeń na lotnisku, nawet jeśli osoba, która je przekazuje, twierdzi później, że jedynie żartowała. Każda taka sytuacja wymaga sprawdzenia, a jej konsekwencje mogą oznaczać nie tylko dodatkowe formalności, ale również utratę podróży.
W przypadku 61-latki konieczna była interwencja funkcjonariuszy Straży Granicznej. Kobieta nie została dopuszczona do lotu do Norwegii, a za swoje zachowanie została ukarana mandatem.
Takie żarty mogą przekreślić plany podróżnych
Lotniska podlegają szczególnym zasadom bezpieczeństwa. Wypowiedzi sugerujące obecność bomby lub innych niebezpiecznych przedmiotów traktowane są poważnie, niezależnie od tego, czy pasażer rzeczywiście zamierzał wywołać alarm.
Podobne przypadki zdarzały się już wcześniej na lotnisku w Gdańsku. Pasażerowie, którzy informowali o rzekomej bombie lub granatach w bagażu, musieli liczyć się z kontrolą służb, mandatem oraz decyzją kapitana o niedopuszczeniu ich na pokład.
Warto pamiętać, że tłumaczenie, iż była to tylko próba zażartowania, nie musi uchronić przed konsekwencjami. W takich sytuacjach służby w pierwszej kolejności muszą zadbać o bezpieczeństwo pasażerów i personelu, a podróżny może stracić zarówno lot, jak i pieniądze wydane na bilet.
dziennikbaltycki.pl
