
Choć formalnie nie wydano za nim listu gończego, sytuacja była bliska takiego rozwoju. Mowa o popularnym, budzącym kontrowersje patostreamerze Robercie P., który w ostatnim czasie nadawał swoje transmisje z Filipin, podczas gdy w Polsce toczyło się postępowanie dotyczące incydentu w Juracie. Według prokuratury miał on namawiać inną osobę do kilkukrotnego uderzenia pokrzywdzonego. Mężczyzna usłyszał już zarzut i złożył obszerne wyjaśnienia.
Nie było listu gończego
Robert P., znany z internetowych transmisji o kontrowersyjnym charakterze, został objęty śledztwem prowadzonym pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Pucku. W przestrzeni publicznej pojawiły się informacje sugerujące, że wydano za nim list gończy – mówił o tym m.in. Robert Biedroń, a także sam zainteresowany.
Europoseł informował w mediach społecznościowych, że działania wobec patostreamera przynoszą efekty, wskazując m.in. na blokadę jego kont oraz rzekome wydanie listu gończego. Doniesienia te zostały jednak szybko zdementowane przez prokuraturę.
Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, prok. Mariusz Duszyński, wyjaśnił, że choć rozważano taki krok, ostatecznie do jego realizacji nie doszło. Procedury były w toku, ponieważ śledztwo dotyczyło podejrzenia nakłaniania do popełnienia przestępstwa polegającego na naruszeniu nietykalności cielesnej, jednak Robert P. sam zgłosił się do organów ścigania.
Jak przekazano, postępowanie zostało wcześniej zawieszone z uwagi na brak możliwości przeprowadzenia czynności z udziałem podejrzanego. W związku z tym prokuratura podjęła działania zmierzające do uzyskania tymczasowego aresztu – 19 lutego 2026 roku skierowano wniosek do sądu w Wejherowie.
Przesłuchanie i zarzuty
Sytuacja zmieniła się 28 kwietnia, gdy mężczyzna pojawił się w komisariacie policji w Juracie. Na miejscu przeprowadzono czynności procesowe oraz oficjalnie przedstawiono mu zarzut. Robert P. został przesłuchany w charakterze podejrzanego.
Nie przyznał się do winy i przedstawił własną wersję wydarzeń w obszernych wyjaśnieniach. W związku z jego stawiennictwem prokurator zdecydował o wznowieniu postępowania i jednocześnie wycofał wniosek o zastosowanie tymczasowego aresztu.
Za zarzucany czyn grozi mu kara do dwóch lat pozbawienia wolności.
dziennikbaltycki.pl