
Nocą 28 stycznia 1923 roku sześciu zamaskowanych mężczyzn wtargnęło do domu jednego z bogatszych mieszkańców Katowic – parającego się handlem kolonialnym kupca Steinitza. Bandyci działali bez skrupułów, bezceremonialnie wykopali drzwi i sterroryzowali domowników bronią. Przerażeni Steinitzowie, z lufą przy głowie, nie ośmielili się opierać – wydali napastnikom całą zawartość domowego sejfu. Czyli mnóstwo biżuterii oraz 6 milionów marek w gotówce! Rabusie nie pogardzili też garderobą bogatego kupca, szykowne – dziś nazwalibyśmy je markowymi, ubrania także padły ich łupem. Gdy bandyci opuścili mieszkanie, pani Steinitzowa otwarła okno i zaczęła donośnie krzyczeć, wzywając pomocy. Ale na pustej, ciemnej ulicy był tylko jeden, zabłąkany przechodzień. Na swe nieszczęście próbował zatrzymać napastników. Jeden z nich dobył rewolweru i bez litości zastrzelił przychodzącego na odsiecz napadniętym mężczyznę…
Tego było już za wiele. Sprawa stała się głośna na całym Śląsku – wszak ofiarą zuchwałej napaści stał się jeden z najbardziej szanowanych obywateli Katowic. Nie zapominajmy też o brutalnym morderstwie na centralnej ulicy miasta. To nie była już zwykła sprawa kryminalna, ale kwestia bezpieczeństwa publicznego. Policja szybko wzięła się do roboty, zatrzymano kilku rzezimieszków, ale żaden z nich nie został rozpoznany przez ofiary. Śledczy mieli już pojęcie z kim się mierzą. Kilkadziesiąt napadów popełnionych w ciągu niespełna dwóch lat wreszcie zostało ze sobą powiązanych, a rozbicie gangu stało się celem nr 1 mundurowych. Tyle tylko, że struktura bandy oraz jej „stan osobowy” wciąż były dla śledczych tajemnicą.
I jak to często w życiu bywa, pomógł przypadek, w połączeniu z pychą i bezczelnością przestępców. Kilka tygodni po bulwersujących wydarzeniach, państwo Steinitzowie postanowili wrócić do normalnego rytmu życia i wybrali się do teatru. W trakcie przedstawienia, ku swemu wielkiemu zaskoczeniu, pani Steinitzowa ze swej loży dostrzegła wśród publiki dwóch mężczyzn, którzy napadli na jej dom. Jej małżonek też ich rozpoznał, podobnie jak swe skradzione, szykowne garnitury, które teraz przywdziewali rabusie. Przestępcy wydawali się świetnie bawić na przedstawieniu…
Steinitz dyskretnie opuścił budynek teatru i na ulicy odszukał patrol policji, informując o swych spostrzeżeniach. Posterunkowi Wincenty Kurpas i Karol Jasik postanowili natychmiast aresztować podejrzanych, nie powiadomili nawet dyżurnego, nie wezwali posiłków. Kiedy w teatralnym foyer zbliżyli się do nieznajomych prosząc o okazanie dokumentów, ci błyskawicznie wyciągnęli rewolwery i zasypali funkcjonariuszy gradem kul. Kurpas zginął na miejscu, Jasik został ciężko ranny, a bandyci spokojnie wyszli z teatru. W szatni pozostały jedynie ich palta… To nie była dobra, policyjna robota. Katowicka „Gazeta Robotnicza” skomentowała całe zdarzenie krótko i ironicznie – „Pierwsze starcie policji oko w oko z bandytami skończyło się dla policji niefortunnie.”
Bandyci uciekli, ale tylko na dwa dni. Przesłuchujący świadków strzelaniny policjanci dotarli do dwóch tancerek, które miały okazję poznać bandytów. Ci bowiem zalecali się do nich, podając się za inżynierów górniczych. Obie kobiety nie bez oporów, po dłuższych namowach dowodzącego akcją komisarza Barnerta, wreszcie zgodziły się wystąpić w policyjnej prowokacji. W charakterze „przynęty” rzecz jasna. Nieświadomi zasadzki bandyci ochoczo przystali na spotkanie, 8 marca o 19 pod teatrem na ulicy Warszawskiej…
CDN.
Mariusz Kozak