
Gdyby przyjąć współczesne kryteria, musielibyśmy nazwać Jana Stolorza półanalfabetą. Skończył ledwie kilka klas szkoły powszechnej, nie był obyty w świecie a najważniejszą edukację zapewniły mu przecież zakłady karne. Gdy jednak zagłębić się jego zbrodniczą działalność, okazuje się, że na swój pokrętny sposób Stolorz był niezwykle inteligentny, przebiegły i systematyczny. Gdy dodać do tego bezwzględność, skłonność do przemocy i kompletny brak szacunku dla norm prawnych i społecznych otrzymamy niemal „doskonałego” psychopatę…
Na czym polegał „geniusz” Stolorza? Ten niewykształcony przedstawiciel nizin społecznych stworzył przestępczą organizację, której mogliby mu pozazdrościć nawet szefowie sycylijskiej cosa nostry. W szczytowym momencie banda Stolorza liczyła sobie 60 gotowych na wszystko rzezimieszków! Co ciekawe większość z nich nie znała swych „kolegów z pracy” – w ekipie Jana każdy miał swoją rolę wyznaczoną przez szefa. Organizację tej bandy często porównuje się do amerykańskiej mafii, na której ponoć wzorował się Stolorz. To nie do końca prawdziwe stwierdzenie. Po pierwsze mafia w USA stawiała dopiero pierwsze kroki, organizując swą strukturę metodą prób i błędów. Po drugie nie istnieje a już na pewno w czasach Stolorza nie istniał „podręcznik mafioza” – niepozorny złodziejaszek z Wilhelminy doszedł do takich samych wniosków jak Vito Genovese czy Lucky Luciano zupełnie sam!
Na szczycie struktury był tylko on – Janek Stolorz. Bezpośredni dostęp do szefa miało tylko dwóch ludzi, najbardziej zaufanych i pełniących rolę zastępców. Nazywany „drugim mózgiem” bandy, Rudolf Chmura z Szopienic był równie inteligentny i bezwzględny jak jego szef, jako prawa ręka często brał udział w „planowaniu”. Największym atutem drugiego z wtajemniczonych – Jana Swobody była nieprzeciętna siła fizyczna i brak jakichkolwiek skrupułów. W odróżnieniu od Chmury był typowym „mięśniakiem” – lojalnym, nie zadającym niewygodnych pytań i wykonującym polecenia bez większych rozterek.
Stolorz dowodził swoją „armią” silną ręką. Nikogo (oprócz swych zastępców) nie wtajemniczał w przestępcze plany, żądał natomiast od swych ludzi bezwzględnego posłuszeństwa. Do każdej akcji osobiście ustalał skład „grupy bojowej”, dokładnie instruując bandytów i rozdzielając im role. Tak jak członkowie „kolorowej bandy” z „Wściekłych psów” Quentina Tarantino nie wiedzieli oni zbyt wiele o sobie, a we wzajemnych kontaktach posługiwali się pseudonimami. Gdyby doszło do „wpadki” nie mogli pogrążyć swych współtowarzyszy w zbrodni. Przy każdym napadzie skład tych grup był inny. A po wykonaniu zadania po bandytach ginął wszelki ślad…
W ten sposób gang Stolorza dokonał kilkudziesięciu napadów na bogatych przedstawicieli śląskiej społeczności. Przez długi czas policja nie potrafiła powiązać tych zdarzeń ze sobą – nikt nawet nie przypuszczał, że stoi za nimi jeden człowiek. Śledczym nie pomagał fakt, że część zbrodni banda Stolorza popełniła pod płaszczykiem ideowej walki o suwerenny Śląsk. Polityczna „zmyłka” tylko potęgowała chaos – należy wszak pamiętać jakie były śląskie realia w czasach świeżo po plebiscycie.
Przez niemal rok banda Stolorza łupiła bogatych Ślązaków i pozostawała w cieniu. Dopiero pod koniec 1922 roku policja zaczęła łączyć ze sobą poszczególne napady – istnienie bandy groźnych oprychów starannie planujących swe zbrodnie zostało wówczas potwierdzone. Ale mimo wysiłków policji ich szef nadal pozostawał anonimowy. Stolorz policją się nie przejmował – właśnie zaplanował zuchwały skok w samym centrum Katowic…
CDN.
Mariusz Kozak