
Tym razem policja starannie przygotowała się do spotkania z bandytami. Miejsce spotkania zabezpieczało kilkunastu wywiadowców po cywilnemu, a w ukryciu czekał cały pluton mundurowych. Na odprawie przed akcją komisarz Barnert co najmniej kilkanaście razy powtórzył zdanie – „Brać żywcem, nie strzelać na ulicy!”. Dowodzący akcją obawiał się nie tylko strzelaniny w samym centrum Katowic i przypadkowych ofiar wśród przechodniów. Barnert był doświadczonym „psem” a do tego świetnie znał swych podwładnych. Doskonale wiedział, że pragną zemsty za śmierć swego kolegi, a część z nich jest skłonna dokonać vendetty nie bacząc na policyjne procedury…
Gdyby Barnert znał wówczas przyszłość nie byłby tak restrykcyjny. Mimo wysiłków policji, zasadzka znów skończyła się jatką a mieszkańcy Katowic ponownie doświadczyli „westernu” w centrum miasta. Gdy o umówionej porze, po kurtuazyjnych powitaniach, bandyci w towarzystwie tancerek – „przynęt” ruszyli w kierunku pobliskiej restauracji, kierujący akcją Barnert dał sygnał swoim ludziom. Dwóch z nich, udając przechodniów miało wziąć przestępców z zaskoczenia i obezwładnić ich. Policjanci minęli obie pary i nagle ruszyli na przestępców. Jeden z nich otrzymał cios kolbą pistoletu w głowę i padł na chodnik nieprzytomny. Drugi z bandytów wykorzystał fakt, że jedna z kobiet znalazła się pomiędzy nim a interweniującym policjantem – pchnął ją tak mocno, że wpadła na funkcjonariusza. Gdy tancerka upadała na trotuar „w objęciach” stróża prawa, przestępca dobył broni i… trzykrotnie strzelił do policjanta, który obezwładnił jego kompana, po czym rzucił się do ucieczki.
Na ulicy zapanował chaos, spłoszeni strzałami przechodnie rozbiegli się w panice. Na ulicy zaroiło się za to od mundurowych, którzy rzucili się w pogoń za przestępcą. Tymczasem Barnert obawiał się o los tancerek, wszak w pewien sposób zmusił je do współpracy z policją a przez to naraził na wielkie niebezpieczeństwo. Na nieszczęście w całym tym zamieszaniu mundurowi „zapomnieli” o drugim z bandziorów – tym nieprzytomnym i teoretycznie obezwładnionym. Nikt go nie przeszukał i nie skuł kajdankami… Gdy Barnert pochylał się nad poturbowaną i wciąż leżącą na chodniku kobietą, przestępca ocknął się i wyjął zza pazuchy rewolwer… Zanim podwładni Barnerta podziurawili go kulami jak sito, bandyta zdążył jeszcze ciężko ranić dowódcę akcji. Policjanci jeszcze nie wiedzieli, że leżący w kałuży krwi martwy gangster to Jan Swoboda – bezlitosny killer i „muskuł” gangu Stolorza…
Drugi z przestępców daleko nie uciekł – mundurowi dopadli go parę ulic dalej. To nie był jednak jeszcze koniec tego krwawego pojedynku. Osaczony przestępca schronił się w pobliskiej bramie i tam ustanowił swój „ostatni bastion”. Oblężenie trwało… ponad godzinę, na tyle wystarczyło mu amunicji do dwóch pistoletów, które miał przy sobie. Ostatnią kulę zachował z resztą dla siebie… Potem zidentyfikowano go jako Antoniego Golusa, mordercę i złodzieja z kryminalną kartoteką grubą jak encyklopedia…
Bilans dwóch marcowych potyczek z bandytami w centrum Katowic był dla śląskiej policji tragiczny. Zginęło dwóch funkcjonariuszy, kilku innych było rannych, w tym szef katowickiego urzędu śledczego – komisarz Barnert. Zginęło co prawda też dwóch bandytów, ale na wolności została cała wataha ich kompanów, którzy teraz – w odwecie za śmierć kolegów – napadali, rabowali i zabijali z jeszcze większą zajadłością. Banda omijała jednak centrum Katowic, grasując na terenach nie tak gęsto zabudowanych i mniej zaludnionych.
CDN.
Mariusz Kozak