
Gdy komisarz Barnert po dwóch miesiącach opuścił szpital, na jego biurku piętrzył się stos dokumentów. Były to akta nowych spraw – gdy szef wydziału śledczego śląskiej policji leczył rany – banda Stolorza dokonała kilkunastu (!) napadów. Tak jakby szef gangu chciał udowodnić władzom, że ma się doskonale i krwawe potyczki z policją nie zrobiły na nim wrażenia…
A jednak. Do tej pory ostrożni i przewidujący dwa ruchy do przodu przestępcy, teraz zupełnie przestali się troszczyć o zachowanie anonimowości. Ograbione, maltretowane przez nich ofiary bez trudu rozpoznawały ich na policyjnych zdjęciach. Tym samym policja miała co raz większą wiedzę o gangsterach, ale póki co nie potrafiła ich jeszcze namierzyć i zatrzymać. A bilans tych kilku miesięcy był porażający. Po napadzie na dom rzeźnika Kotyrby w Janowie w maju 1923 roku odnotowano kolejne bestialskie ataki na rodzinę Przybyłów w Rodzeniu, Figlów w Mysłowicach, handlarza bydłem Habrykę w Szopienicach i kupca Walczuka w Mysłowicach. Bandyci okradli i zabili też restauratora Jauernika z kolonii Zuzanna. W ramach „zemsty” zastrzelili także Alojzego Jelonka w Szopienicach, który był łudząco podobny do jednego z ludzi Barnerta – wywiadowcy Linseya. Listę „dokonań” uzupełniają – postrzelenie mieszkańca Szopienic Ślusarczyka, który nie chciał się wylegitymować jednemu z bandytów (!) oraz rozboje na Antonim Skowronie w Szopienicach i na Magnusie Markusie w Katowicach.
Barnert szalał z wściekłości – Stolorz i jego bandziory ośmieszali policję ku wielkiej uciesze ówczesnej prasy, która kpiła z policjantów po niemal każdym nowym „wybryku” gangsterów. Komisarz zwrócił się więc do przełożonych o dodatkowych ludzi oraz większy budżet. Postanowił bowiem złamać zmowę milczenia wokół bandy za pomocą… przekupstwa. Chciał sprawdzić, czy strach przed zemstą bandytów można „uśmierzyć” banknotami. Barnert szybko potwierdził swoją tezę. 15 września jeden z nowo pozyskanych konfidentów przekazał informację o przygotowywanym napadzie na kasę skarbową w Pszczynie. Mało tego, dowiedział się też o kryjówce bandytów w suterenie sąsiedniej kamienicy.
Tym razem „fuszerki” nie było. Policja otoczyła budynek, a gdy bandyci odmówili poddania się, wzięła go szturmem. Strzelanina trwała dobre kilkanaście minut. Nie obyło się bez ofiar – zginął posterunkowy Galbas, kilku jego kolegów odniosło rany. W pewnym momencie rozległ się huk detonacji – jeden z bandytów rzucił… granat, by osłonić próbę wyrwania się z „kotła”. Bezskutecznie, został dosłownie “rozstrzelany” przez mundurowych. Gdy opadł „kurz bitwy” okazało się, że tym desperatem był herszt i lider bandy, postrach całego Śląska – Jan Stolorz.
„Groźny bandyta, który każdy swój występ znaczył wielką kałużą krwi, aż sam w niej legł, trafiony kulami policji” – takie epitafium opublikowały następnego dnia gazety. Tuż obok zdjęcia uśmiechniętego od ucha do ucha komisarza Barnerta…
Tak zakończyła żywot banda Janka Stolorza – jej szef oraz najważniejsi członkowie nie żyli, kilka kolejnych miesięcy trwało wyłapywanie niedobitków oraz „przyjaciół” gangu. 18 listopada 1924 roku przed Sądem Okręgowym w Katowicach stanęło 40 osób, w tym 7 kobiet. Jedną z nich była „wdowa po Stolorzu” – kochanka szefa bandy – Helena Paluchówna. Większość oskarżonych pełniła w gangu poślednie role, ale w tym gronie były też takie „tuzy” jak Kajetan Guszkowski – jeden z uczestników napadu na dom kupca Steinitza – skazany na dożywocie. Pozostałych sąd potraktował łagodniej – otrzymali wyroki od 5 do 15 lat ciężkiego więzienia.
Mariusz Kozak