
W środowisku oświaty narasta niezadowolenie, które – jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna” – może doprowadzić do ogólnopolskich protestów, a nawet strajku generalnego. Głównym powodem są wynagrodzenia, które zdaniem nauczycieli nie nadążają za inflacją i wzrostem kosztów utrzymania.
Choć w 2024 roku pensje w oświacie wzrosły o około 30 proc., to już rok później podwyżka wyniosła 5 proc., a na 2026 rok zaplanowano jedynie około 3 proc. wzrostu. Dla wielu pracowników szkół oznacza to, że realna siła nabywcza ich wynagrodzeń pozostaje niewystarczająca.
Z oficjalnych stawek wynika, że minimalne wynagrodzenie zasadnicze nauczycieli w 2026 roku ma wzrosnąć o kwoty od 151 do 186 zł brutto, w zależności od stopnia awansu zawodowego i kwalifikacji. Dla nauczycieli z tytułem magistra i przygotowaniem pedagogicznym pensje mają wynosić od ok. 5300 do 6400 zł brutto.
W przeliczeniu na wynagrodzenie „na rękę” daje to średnio około 3800–4200 zł dla nauczyciela początkującego, 4200–4600 zł dla mianowanego oraz 4800–5400 zł dla dyplomowanego – przy uwzględnieniu dodatków i świadczeń.
Mimo to nauczyciele podkreślają, że w praktyce zarobki często nie pozwalają na utrzymanie się w większych miastach bez dodatkowej pracy. Jedna z nauczycielek z Warszawy mówi wprost: „To skandal, że muszę pracować w dwóch szkołach, żeby się utrzymać w stolicy”.
Związki zawodowe również wskazują, że proponowane podwyżki są niewystarczające. Jak zaznacza przedstawiciel Wolnego Związku Zawodowego „Forum-Oświata”, wzrosty rzędu 2–3 proc. nie rozwiązują problemu i nie odpowiadają na realia ekonomiczne.
Organizacje związkowe zapowiadają możliwość szerokich działań protestacyjnych już jesienią, a w przypadku braku porozumienia z rządem – także strajku generalnego. Byłby to pierwszy tak duży protest nauczycieli od kilku lat.
Jednocześnie związkowcy zwracają uwagę na trudną sytuację finansów publicznych, która może ograniczać możliwości dalszych podwyżek, co dodatkowo komplikuje negocjacje z rządem.
interia.pl