
Polskie samoloty bojowe przechwyciły rosyjski samolot rozpoznawczy Ił-20, który pojawił się około 30 kilometrów od Ustki nad Bałtykiem. O zdarzeniu poinformował minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz podczas poniedziałkowej konferencji prasowej.
Jak wyjaśnił szef MON, po nawiązaniu kontaktu i wydaniu polecenia opuszczenia rejonu rosyjska maszyna zawróciła i skierowała się z powrotem w stronę Rosji. Minister zaznaczył, że była to pierwsza od dłuższego czasu próba zbliżenia się rosyjskiego samolotu do polskiej granicy morskiej w celu rozpoznania systemów obrony powietrznej.
Kosiniak-Kamysz podkreślił, że incydent jest kolejnym dowodem na prowadzenie przez Rosję działań o charakterze hybrydowym. Według niego Federacja Rosyjska nieustannie monitoruje możliwości obronne państw NATO i utrzymuje wobec nich wrogie nastawienie.
Minister odniósł się również do osób kwestionujących potrzebę dalszego wspierania Ukrainy. Zaznaczył, że takie wydarzenia pokazują, iż zagrożenie ze strony Rosji pozostaje realne i nie można go lekceważyć.
Szef MON stwierdził także, że nie należy stawiać znaku równości między agresorem a państwem broniącym się przed atakiem. Jego zdaniem wsparcie udzielane Ukrainie ma znaczenie nie tylko dla tego kraju, ale również dla bezpieczeństwa całej Europy.
To nie pierwszy podobny incydent w ostatnich miesiącach. Poprzednio rosyjski samolot Ił-20 został wykryty nad Bałtykiem 13 maja. Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych informowało wtedy, że maszyna wykonywała lot w międzynarodowej przestrzeni powietrznej bez zgłoszonego planu lotu oraz z wyłączonymi transponderami, co może zwiększać ryzyko dla innych użytkowników przestrzeni powietrznej.
Minister obrony zapewnił, że każda tego typu prowokacja będzie spotykać się z natychmiastową reakcją polskich sił powietrznych. Warto przypomnieć, że podobna sytuacja miała miejsce także w połowie marca. Zarówno wtedy, jak i podczas majowego zdarzenia, rosyjskie samoloty nie naruszyły polskiej przestrzeni powietrznej.
interia.pl