
Renault 4 E-Tech Electric na Salonie Samochodowym w Paryżu w 2024 r.
12 września w Brukseli spotkają się unijni urzędnicy z przedstawicielami branży motoryzacyjnej. Od decyzji podjętych podczas tego spotkania może zależeć, jakie samochody będą dominować na europejskich drogach w nadchodzących dekadach.
Przypomnijmy – obecne regulacje zakładają, że od 2035 roku w Europie nie będzie można rejestrować aut emitujących spaliny. Wyjątek przewidziano jedynie dla pojazdów korzystających wyłącznie z paliw syntetycznych.
Euforia minęła, pojawiły się wątpliwości
Jeszcze kilka lat temu producenci z entuzjazmem przyjmowali te plany. Koncern Stellantis, właściciel marek takich jak Fiat, Opel, Peugeot, Citroën czy Jeep, deklarował nawet, że całkowicie przejdzie na napędy elektryczne już w 2030 roku, czyli pięć lat przed unijnym terminem.
Szybko jednak okazało się, że rynek nie nadąża za polityką klimatyczną. Sprzedaż aut elektrycznych rosła głównie dzięki dopłatom, a ich ceny wciąż pozostawały barierą dla wielu klientów. Tymczasem na europejskie salony weszły marki chińskie – oferujące samochody tańsze, a jednocześnie często lepiej wyposażone niż europejskie odpowiedniki.
Choć Bruksela wprowadziła cła na chińskie pojazdy, problemu to nie rozwiązało – produkcję łatwo można przenieść do Europy. Co więcej, Chiny mają niemal monopol na przetwarzanie metali ziem rzadkich, kluczowych w produkcji akumulatorów, i już raz wykorzystały tę przewagę, ograniczając eksport.
Europejscy giganci zmieniają zdanie
Nic więc dziwnego, że dziś coraz więcej producentów podchodzi do zakazu z dużą rezerwą. Krytycznie wypowiedzieli się już m.in. szefowie Mercedesa i BMW, a Stellantis wycofał się z planów całkowitej rezygnacji z aut spalinowych w 2030 roku.
Jean-Philippe Imparato, szef europejskiego oddziału Stellantisa, przedstawił dwa alternatywne pomysły, które mają być dyskutowane w Brukseli.
- System kompensacji emisji – producenci otrzymywaliby ulgi (70 g CO₂/km), jeśli udałoby się im skłonić kierowców do wymiany starych, wysokoemisyjnych pojazdów na nowsze – zarówno nowe, jak i używane, ale nie starsze niż trzyletnie.
- Nowa kategoria małych aut miejskich – samochody o długości do 3,5 m, tańsze i prostsze, pozbawione części obecnych wymogów dotyczących systemów bezpieczeństwa i wsparcia kierowcy. Dzięki temu mogłyby powstawać lekkie auta spalinowe o niskiej emisji, w cenie poniżej 15 tys. euro (ok. 65 tys. zł). Dla porównania – „tanie” elektryki kosztują dziś co najmniej 25 tys. euro.
Europa się starzeje… samochodowo
Imparato podkreśla, że problemem jest też wiek europejskiej floty. Po kontynencie jeździ około 250 mln samochodów, z czego 150 mln ma więcej niż 10 lat. Średni wiek aut w Europie to 12 lat (w Polsce ponad 15), a ceny nowych pojazdów sprawiają, że kierowcy coraz rzadziej decydują się na wymianę. Jeśli trend się utrzyma, średnia wieku będzie rosnąć co roku o kolejny miesiąc.
Jeszcze w 2018 roku w Europie można było kupić prawie 50 modeli aut w cenie do 15 tys. euro. Dziś takie oferty praktycznie zniknęły.
12 września okaże się, czy Bruksela złagodzi swoje plany i dopuści alternatywne rozwiązania, czy też pozostanie przy sztywnym zakazie dla aut spalinowych od 2035 roku.
interia.pl