
Podobno obawiano się nawet głośno wypowiadać jego nazwisko, aby nie kusić losu. Był okrutny od zawsze, nie znał litości ani dla swych ofiar, ani członków bandy, której przewodził. Jego bezwzględność i okrucieństwo nie ograniczały się do zwykłego zabijania przy użyciu broni palnej. Aby wymusić oddanie gotówki lub biżuterii, zdolny był do najcięższych tortur, z przypalaniem swych ofiar włącznie! Tak samo postępowali jego ludzie. Byli bezwzględni, brutalni i uzbrojeni po zęby. Na początku lat 20-tych ubiegłego wieku dosłownie sterroryzowali Górny Śląsk i jego mieszkańców…
Janek Stolorz (niektóre źródła przedstawiają go jako Stolarza) pochodził z ubogiej rodziny robotniczej, zamieszkującej peryferyjną dzielnicę Szopienic, zwaną Wilhelminą. Nie była to oaza spokoju delikatnie mówiąc. Napady i pobicia były tu czymś zupełnie normalnym. Obowiązywało prawo pięści, którego kodeks młody Stolorz przyswoił sobie bardzo szybko, stając się postrachem miasteczka. Wychowywała go tylko matka. Ojciec przepadł gdzieś na froncie I wojny światowej i do domu już nie wrócił. Sytuacja zmusiła ledwie 15-letniego Janka do podjęcia pracy – zatrudnił się na kopalni. Tam w towarzystwie dorosłych mężczyzn, nie zawsze „wzorów do naśladowania” odbył szybką lekcję życia i poznał smak ciężkiej pracy, który jakoś nie przypadł mu do gustu. Ale jak wiadomo nie samą pracą człowiek żyje – koledzy z „gruby” udzielili nastolatkowi „korepetycji” także z rozrywki. Alkohol i towarzystwo kobiet spodobały mu się bardziej niż fedrowanie. Pracę na kopalni dość szybko z resztą stracił, gdy „na kacu” pobił swego przełożonego… trzonkiem kilofa. Janek szybko zorientował się, że pieniądze można zarabiać łatwiej niż w brudzie i znoju kopalnianego chodnika.
Jako nastolatek Stolorz poznał więc uroki beztroskiego życia i łatwych pieniędzy pochodzących z napadów i kradzieży. Poznał też mroczne cele policyjnych aresztów, których nie sposób było uniknąć, żyjąc ciągle na bakier z prawem. Z czasem jednak stał się ostrożniejszy. Doszedł do wniosku, że nie warto ryzykować wolności dla drobnych łupów zdobywanych w ciemnych ulicach na przypadkowych przechodniach czy osiedlowych sklepikarzach. Choć brakowało mu wykształcenia, okazał się być człowiekiem inteligentnym i przebiegłym. A do tego podejrzliwym, bezwzględnym i zdemoralizowanym do szpiku kości. Janek wyciągnął wnioski ze swych kryminalnych przygód – ukrywanie tożsamości stałą się jego obsesją, ale również sposobem na „zarządzanie” swym gangiem. Zaczął dokładnie planować swoje skoki, wybierając ofiary wśród ludzi majętnych. W tym celu stworzył na Śląsku rozległą sieć konfidentów i paserów, którzy za niewielkie kwoty dostarczali mu niezbędnych informacji oraz szybko, pewnie i bez śladu potrafili zrabowany łup spieniężyć i wywieźć w inne rejony kraju. Byli jego „okiem i uchem” – odnotowywali niemal każdy ruch policji, każde śledztwo i wszystkie ewentualne zasadzki, jakie śledczy uskuteczniali w walce z przestępcami. Niektórzy z jego informatorów byli „podwójnymi agentami” – w ten sposób Stolorz mógł wpływać na działania mundurowych. Przy okazji pozbywał się “konkurentów”, wystarczyło przecież podsunąć śledczym odpowiedni trop. Tymczasem swej prywatności strzegł jak oka w głowie…
Długo trwało, nim śląska policja wpadła na trop Stolorza i rozpracowała strukturę bandy. Jak wykazało śledztwo, pierwsze napady z jego udziałem odnotowano już w 1921 roku, ale nie łączono ich jeszcze z osobą „gangstera” z Szopienic…
CDN.
Mariusz Kozak