Katastrofa w Festung Krakau

Foto: pixabay/David Mark

Wieczorem 5 czerwca 1909 r. w Woli Duchackiej pod Krakowem wybuchły składy amunicji. Katastrofa, prócz grozy, wzbudziła także sensację. Od Rynku Głównego widać w ul. Grodzkiej tłumnie spieszącą w kierunku Podgórze, publiczność; gościńcem wielickim spieszy setki powozów - podawała ówczesna prasa.

Dzień 5 czerwca 1909 r. był niespokojny na całym świecie; uwieczniły to galicyjskie gazety z epoki: krakowski „Czas” i „Nowa reforma” oraz „Gazeta Lwowska”. W Wiedniu doszło do przesilenia w parlamencie. W petersburskiej Dumie - podczas debaty nad ustawą o religijnej tolerancji - odbyła się bijatyka z udziałem „prawowitego prawosławnego biskupa” Eulogiusza. W Prusach budził zmartwienie poddanych stan zdrowia cesarza Wilhelma po zabiegu usunięcia z lewego policzka „narośli kształtu wiśniowego, w ciągu kilku minut bez usypiania”.

Mieszkańców Krakowa angażowały przygotowania do procesji Bożego Ciała (10 czerwca) i pogrzebu Heleny Modrzejewskiej (17 lipca), oraz dzielił spór, czy sprowadzić na Wawel prochy Juliusza Słowackiego czy też zostawić je na Montmartrze. Od świtu elektryzowała ich również sensacyjna śmierć mecenasa Włodzimierza Lewickiego. Pogotowie Ratunkowe zabrało go nad ranem z kulą w głowie, w koszuli nocnej – wprost z własnego łóżka. A drzwi lekarzom otworzyła niedokładnie ubrana panna Janina Borowska – klientka, którą Lewicki niedawno bronił przed posądzeniem o współpracę z carską ochraną oraz szpiegostwo na rzec z Rosji. Na poduszce leżał „wystrzelony brauning”.

Wieczorem gruchnęła, i to dosłownie, jeszcze większa sensacja: pod miastem wybuchły składy amunicji.

Najpierw od Przemyśla po Śląsk, przetoczyła się gwałtowna burza. W Krakowie „wybuchła nagle o godzinie 7 ulewnym deszczem i piorunami (…) O godzinie wpół do ósmej, niemal równocześnie z błyskawicą, dał się słyszeć głuchy huk; w każdym niemal domu krakowskim mieszkańcy odnieśli wrażenie, że piorun uderzył w ich własny dach. Otwierały się okna i drzwi, wypadały z brzękiem szyby, zwłaszcza na górnych piętrach. (…) Dopiero po półgodzinie dowiedziano się o wielkiej katastrofie, jakiej nie było w Krakowie” – odnotował „Czas”.

„Około godz. 7 min. 15, grom znacznie donioślejszy od poprzednich, wstrząsnął powietrzem, wywołując reakcyę nawet w aparatach telegraficznych” - pisała „Nowa reforma”. Potem w południowej części Krakowa oraz w Rynku Głównym dosłownie zatrzęsły się domy, ku zgrozie przechodniów którzy szukali schronienia przez ulewą w podcieniach Sukiennic. „Wśród ogólnej paniki huk zaczął się powtarzać i (…) zakomunikowano telefonicznie krakowskim władzom policyjnym i wojskowym straszną wiadomość, że w Woli Duchackiej za Podgórzem nastąpił z powodu uderzenia pioruna wybuch prochowni” – czytamy dalej w artykule.

„Gazeta Lwowska” podała obserwacje właściciela fabryki na Zwierzyńcu, który wdrapał się na strych, aby ocenić sytuację - wzgórze z płonącą prochownią miało przypominać czynny wulkan: „W odległości mniej więcej trzech kilometrów widać było olbrzymi słup ognia, który rozszerzał się gwałtownie na wszystkie strony. Wysokość słupa dochodziła co najmniej do trzech pięter”. Wydrukowała też wrażenia konduktora pociągu pośpiesznego nr 70, który w chwili wybuchu przejeżdżał z Płaszowa do Bonarki: „W kilka minut po usłyszeniu grzmotu ujrzałem nagle słup dymu, który w tej samej prawie chwili, wśród straszliwego huku, przemienił się w słup ognia. Cały pociąg podrzucony został o kilka centymetrów w górę, poczem, opadłszy na szyny, przystanął chwilę, aż wreszcie ruszył w dalszą drogę”.

Zapanowały panika i chaos. Mieszkańcy okolicznych wsi uciekali na oślep przez wzgórza, byle dalej, przez deszcz, wicher i błocko - w stronę miasta, wapienników i stacji kolejowej w Płaszowie.

Po mieście zaczęły krążyć wieści o setkach zabitych i dziesiątkach zburzonych domów, o całkowitym zniszczeniu stacji podgórsko-płaszowskiej i wykolejonym pociągu osobowym. Kto żyw wyruszył więc zobaczyć, co się stało „Począwszy od Rynku Głównego widać już w ul. Grodzkiej tłumnie spieszącą w kierunku Podgórze, publiczność”, „Gościńcem wielickim spieszy setki powozów. Pod wapiennikiem wszystkie się za trzymują długimi rzędami wzdłuż gościńca. Wszędzie tłumy przybyszów (….) stoją grupami i opowiadają z przejęciem o katastrofie”. „Grozą przejmujący widok przedstawia eksplodująca prochownia. Co chwila ukazuje się czerwona łuna, poprzedzająca groźny huk wybuchu zajmujących się coraz to dalszych przedziałów magazynowych, rozrzucając w kilkusetmetrowym promieniu odłamki szrapneli”. „Wśród ustawicznych wybuchów publiczność zbliża się w Podgórzu do bramy wojskowej na przedłużeniu ulicy Wielickiej. Odważniejsi spieszą dalej, w pewnej jednak odległości od bramy zamknął drogę oddział wojska, złożony z żołnierzy oraz miejskiej policyi podgórskiej”. To garść cytatów z ówczesnej prasy.

W tamtym okresie stan garnizonu krakowskiego wynosił ok. 12 tys. żołnierzy; użyto wszystkich sił, aby zatrzymać gapiów. W dalszym okresie żandarmeria z wojskiem pilnowały opuszczonych domów przed szabrem. „Dla ratunku rannych wyjechały z Krakowa wszystkie karetki pogotowia ratunkowego zarówno cywilne, jak i wojskowe. Oddziały żołnierzy, zwłaszcza pionierów z okolicznych fortów, szybko pospieszały do godz. 12 w nocy na miejsce wybuchu” - relacjonowano.

Natychmiast rozpoczęła też aktywność c. i k. propaganda wojskowa, wydając ku chwale Najjaśniejszego Pana komunikaty dla redakcji: „Według zasięgniętych przez nas informacyj, żołnierz stojący na posterunku pod prochownią, mimo wezwania żołnierzy, aby uciekał i chronił życie w chwili uderzenia piorunu w prochownię, stanął i nie ruszając się z miejsca został wyrzucony w powietrze, ponosząc śmierć na miejscu”.

Marcin J. Mikulski, w pracy "Podbrzusze twierdzy. Wojskowość austriacka i austro-węgierska na terenie Podgórza i okolic w latach 1850-1918", stwierdził że wybuchł skład Munitions Depot Nro. 5, gdzie „przechowywano proch strzelniczy w beczkach oraz amunicję armatnią (szrapnele i granaty 8 cm M. 7 do armat polowych M. 5) i karabinową (naboje do karabinów Mannlicher M. 95) w skrzyniach”. Informacje prasowe mówiły o 12 tys. kilogramów prochu oraz 15 tys. nabojów armatnich.

Drewniany budynek miał „gromochron systemu Franklina”, atestowany na 14 dni przed katastrofą. Mimo to od pioruna wewnątrz budynku powstał ogień - i wkrótce nastąpiła pierwsza z serii eksplozji. „W składzie była gruba podłoga, która nie zapaliła się od razu, tylko tliła pomału; wybuch nie objął więc wszystkich nabojów równocześnie”.

Skrzynie z amunicją wybuchały po kolei aż do godziny 24; o godzinie 1 w nocy miała miejsce ostatnia – szczególnie silna - detonacja.

Wieści o hekatombie były nieprawdziwe. Nie było żadnej ofiary śmiertelnej. Ocalał nawet ok. 20-osobowy pluton 12 kompanii 13 p.p., który trzymał wartę w zespole prochowni.

Naliczono ponad 300 ciężej rannych. „W nocy zawezwano pogotowie ratunkowe na ul. Lwowską do Podgórze, gdzie czekały na opatrzenie dwie osoby: żona szewca, nieznanego na razie nazwiska, która skutkiem wybuchu upadła na ziemię. Sypiący się z domu gruz poranił ją ciężko w głowę. Drugą ranną była jakaś dziewczynka, którą odłamek granatu zranił w głowę”.

Pogłoska o wykolejeniu pociągu okazała się fałszywa. Ale na stacji w Płaszowie doliczono się 82 rannych kolejarzy i członków ich rodzin. „Na wiadomość o tak ogromnej ilości rannych z krakowskiego dworca kolejowego wyjechało natychmiast pomocniczym pociągiem do Płaszowa pięciu lekarzy kolejowych, celem niesienia pomocy rannym, których po opatrunku odsyłano do domów”. W tym gronie znajdował się m. in. Tadeusz Boy-Żeleński, który niestety nie opisał tej akcji we wspomnieniach, obejmujących ten okres pracy.

Straty materialne były olbrzymie. Ogółem wartość roszczeń odszkodowawczych z tytułu wybuchu oszacowano na 0,5 mln koron. W promieniu kilkuset metrów od składu „nie uszedł ani jeden budynek”. Tylko w Woli Duchackiej na 100 domów, przeważnie ubogich włościan, aż 80 obróciło się w całkowitą ruinę. „Ludność wiejska poniosła bardzo dotkliwe straty materyalne. Okoliczne pola formalnie zryte zostały wybuchowemi pociskami, zasiewy zniszczone zostały bezpowrotnie”.

Tłumy bezdomnych i zaszokowanych ludzi koczowały w ruinach domostw w strugach ciągłej ulewy. Także na terenie zniszczonego dworca obozowało mnóstwo ludzi, którzy „w popłochu opuścili swe mieszkania, obawiając się dalszych eksplozji”.

Ucierpiały liczne przysiółki i folwarki w trzech gminach. Od szrapneli i odłamków granatów artyleryjskich, szkody odnieśli właściciele ziemscy, przemysłowcy i właściciele nieruchomości w odległych nawet o 3 km Swoszowicach.

Ludność samorzutnie i masowo usuwała niewypały z pól, czemu usiłowała przeciwdziałać żandarmeria i wojsko. A Magistrat m. Krakowa nawoływał do samodzielnego rozbrajania terenu. 16 czerwca wydrukował w „Czasie” informację, że proch strzelniczy został również rozrzucony po znacznym obszarze: „Proch ten zawarty jest w rurkach, żółtawego koloru, 1 cm grubych a 20 cm długości; pewnej ilości rurek jeszcze nie odnaleziono. Nieostrożne obchodzenie się z napełnionemi prochem rurkami i jakakolwiek manipulacya nimi połączona jest z wielkim niebezpieczeństwem; przeto magistrat ostrzega publiczność, aby w razie znalezienia podobnej rurki oddawała ją z wielką ostrożnością znajdującej się na miejscu straży wojskowej, albo odnosiła do arsenału artylerii za rogatką rakowicką”.

Cenzura stłumiła informowanie o katastrofie, ale opinia publiczna interesowała się losem poszkodowanych; „tłumy publiczności" tygodniami odbywały „wycieczki” w miejsce katastrofy, aby zaznać przedsmaku nowoczesnej wojny.

Toczyła się uczona dyskusja na tematy odszkodowawcze. „Straty te (…) muszą być wynagrodzone. Właściciel prochowni, której wybuch spowodował katastrofę, musi za straty odpowiadać. Nie może tutaj być wymówki, że była to +vis major+ (…) Ostatecznie jakaś ochrona należy się nam ze strony rządu za daniny mienia i życia, na rzecz państwa składane” – oświadczyli na pierwszej stronie „Czasu” eksperci, na czele z profesorem Fryderykiem Zollem młodszym z Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, późniejszym rektorem – oraz dziadkiem profesora Andrzeja Zolla, b. sędziego Trybunału Konstytucyjnego oraz b. rzecznika Praw Obywatelskich.

Składy materiałów wybuchowych opodal Krakowa – a zarazem opodal granicy Cesarstwa Austrii z Cesarstwem Rosyjskim - stanowiły konsekwencję patentu cesarskiego z 12 kwietnia 1840 r., który przekształcił to miasto w twierdzę - Festung Krakau. „W przededniu I wojny światowej Kraków otoczony był systemem silnych fortów i umocnień polowych. Na ich zapleczu wznoszono obiekty pomocnicze, m.in. magazyny amunicji (+prochownie+). Te ostatnie stawały się niebezpieczne dla ludności rozszerzającego się przestrzennie miasta” – napisał Jan M. Małecki z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, w artykule dla Annales Universitatis Paedagogicae Cracoviensis Studia Historica XIV (2013).

Mieszkańcy nie byli świadomi ryzyka tego sąsiedztwa aż do 5 czerwca 1909 r. Ale podgórski magistrat od lat walczył o przeniesienie składów np. petycję wniósł 8 dni przed wybuchem. Po wydarzeniach, wskutek prośby „u samego Tronu”, uzyskano mętne obietnice, niezrealizowane do wybuchu I wojny światowej. 2 sierpnia 2017 r. na terenach wsi Mogiła tj. obecnego Parku Ratuszowego w Nowej Hucie wybuchł kolejny skład prochu oraz amunicji. Podczas dwóch eksplozji zginęło 50 osób, a siedem zostało ciężko rannych. Wojna zepchnęła ten dramat w niepamięć.

Po odzyskaniu Niepodległości poaustriacką fortecę przejęło Wojsko Polskie. Utrzymywało stare magazyny amunicyjne, z braku środków na ich przenosiny.

5 czerwca 1927 r. – 18 lat od pierwszej katastrofy - nastąpiła kolejna, w magazynie 6 km od centrum Krakowa, „w Witkowicach na pograniczu wsi Zielonki” – jak podaje Jan M. Małecki.

Scenariusz powtórzył się niemal co do joty. Silne detonacje, panika, walka z gapiostwem i płomieniami, aby nie dopuścić do rozprzestrzenienia się ognia na drugi magazyn.

Oprócz kilkuset rannych, były dwie ofiary śmiertelne: zginął żołnierz - wartownik przy magazynie oraz zmarło 8-miesięczne dziecko z okolicy, przygniecione wyrwaną futryną okna. Zarejestrowano 1794 zniszczonych budynków mieszkalnych i gospodarczych. Skarb państwa poniósł straty 931 tys. zł. I wtedy Ministerstwo Spraw Wojskowych podjęło decyzję o „całkowitej likwidacji składów amunicji w okolicy miasta". Zamknęło to erę Festung Krakau. (PAP)

Iwona. L. Konieczna

Comments are closed.