
„To skandaliczna sprawa” – mówi wprost 66-letni mężczyzna, który czekał 14 godzin na przyjęcie przez kardiologa na SOR w Wejherowie, mimo że miał objawy zawału serca. Ostatecznie postanowił szukać pomocy w Gdańsku. Szpital twierdzi, że pacjent był w stabilnym stanie i nie wymagał natychmiastowej interwencji.
Do incydentu doszło w nocy z 3 na 4 stycznia 2025 roku. Mężczyzna, były strażak, poczuł ból w klatce piersiowej około godziny 22 i podejrzewał, że to zawał. Ponieważ szpital w Wejherowie był blisko, zdecydował się wraz z rodziną na dojazd do SOR, zamiast wzywać karetkę.
Jak opowiada pacjent, pomoc na oddziale ratunkowym była bardzo opóźniona. Po wykonaniu EKG, pobraniu krwi i podaniu kroplówki, nie mógł doczekać się wizyty u kardiologa. „Nikt nie przychodził. Ciągle pytałem, dlaczego kardiolog jeszcze nie przyszedł. Słyszałem tylko: „przyjdzie, przyjdzie”. Ale kiedy? Nikt nie wiedział” – relacjonuje. Dodatkowo, zmiana lekarska poinformowała go, że kardiolog nie zjawi się, dopóki zdjęcie rentgenowskie nie zostanie opisane, a nie było nikogo, kto by to zrobił.
Zniecierpliwiony pacjent poprosił o wyniki badań, by udać się do innego szpitala. Początkowo otrzymał informację, że kardiolog niedługo przyjdzie, ale po pół godzinie nadal nie zjawił się. Po 14 godzinach oczekiwania, pacjent zdecydował się na transport do Gdańska, gdzie po ponownych badaniach zdiagnozowano u niego ostry zawał serca. Na szczęście pomoc przyszła w porę, a mężczyzna obecnie przechodzi rehabilitację.
66-latek jest bardzo oburzony sytuacją w Wejherowie, szczególnie, że szpital reklamuje swój oddział kardiologiczny jako jeden z najlepszych w regionie. „Jak długo miałem czekać? Nikt mi tego nie powiedział. Może do wieczora, może całą dobę?” – pyta.
Szpitale Pomorskie, do których należy placówka w Wejherowie, wyjaśniają, że w nocy z 3 na 4 stycznia na SORze przebywało od 80 do 100 pacjentów, z których część wymagała natychmiastowej pomocy. Wśród tych pilnych przypadków nie było jednak 66-latka.
dziennikbaltycki.pl