
Zdjęcie ilustracyjne.
Wakacyjny wylot z Krakowa na Fuerteventurę zakończył się rozczarowaniem i frustracją dla grupy pasażerów, którzy – mimo obecności na lotnisku – nie zostali wpuszczeni na pokład samolotu linii Ryanair. Jak relacjonują, bramki zamknięto nagle, a maszyna odleciała bez nich. Według podróżnych powodem mogło być tzw. overbooking, czyli sprzedaż większej liczby biletów niż dostępnych miejsc. Ryanair wydał oświadczenie w tej sprawie.
Osoby, które nie zdążyły wejść na pokład, twierdzą, że nie były wcześniej ostrzegane o kończącym się boardingu. Z kolei przewoźnik i lotnisko zapewniają, że wszystkie procedury zostały zachowane zgodnie z obowiązującymi standardami. Część poszkodowanych zapowiedziała złożenie skarg oraz ubieganie się o odszkodowania.
Do incydentu doszło we wtorek, 1 kwietnia. Około 20 pasażerów miało wylecieć o godzinie 6:00 z krakowskiego lotniska w Balicach na hiszpańską Fuerteventurę. Jak przekazali „Gazecie Wyborczej”, pojawili się na miejscu z dużym zapasem czasu i czekali w kolejce do wejścia na pokład. W pewnym momencie bramki miały zostać niespodziewanie zamknięte, a obsługa poinformowała, że boarding został zakończony. Pasażerowie nie zostali już wpuszczeni do samolotu – mimo protestów i próśb.
– Zrobiło się zamieszanie na początku kolejki, więc podeszliśmy. Usłyszeliśmy, że nie ma już możliwości wejścia, chociaż przecież byliśmy na miejscu, tak jak należy – mówi pani Kasia, jedna z poszkodowanych.
Dodała, że obsługa lotu była zdezorientowana, a ostatecznie wezwano ochronę lotniska. – Powiedziano nam, żeby odebrać bagaże, bo utraciliśmy status pasażera – relacjonuje.
Rodzina pani Kasi musiała wrócić na Podkarpacie. Za same niewykorzystane bilety zapłacili 4 tysiące złotych, a dodatkowe koszty – m.in. zmiana biletów powrotnych – wyniosły kolejne 2 tysiące. Stracili też środki za opłacony wcześniej pobyt na wyspie.
Według pasażerów, po odmowie wejścia na pokład ich bagaże zostały wyładowane z samolotu, co zajęło kolejne pół godziny – a więc samolot i tak odleciał z opóźnieniem. Ich zdaniem świadczy to o tym, że czas na wpuszczenie ich jeszcze był. W dodatku, jak twierdzą, nie otrzymali żadnej pomocy ani informacji, co mają zrobić w tej sytuacji.
– Próbowaliśmy dowiedzieć się, jak wygląda procedura zwrotu pieniędzy, ale nikt nie chciał z nami rozmawiać. Czekaliśmy ponad dwie godziny przy jednym z punktów obsługi, jednak nikt się nie pojawił. Infolinia także nie działała – po dwóch minutach połączenia automatycznie się rozłączała – mówią pasażerowie.
W ich ocenie, sytuacja była efektem overbookingu – czyli celowego sprzedania większej liczby biletów niż miejsc w samolocie, co jest częstą praktyką w tanich liniach, zakładającą, że nie wszyscy pasażerowie się stawią.
W odpowiedzi dla „Gazety Wyborczej” Ryanair stanowczo odciął się od zarzutów, podkreślając, że wszyscy pasażerowie zostali poinformowani zgodnie z procedurami, a obowiązkiem każdego podróżnego jest stawienie się przy bramce na czas.
– Te oskarżenia są bezpodstawne. Pasażerowie nie pojawili się przy gate’cie przed jego zamknięciem, dlatego nie zostali wpuszczeni na pokład. To podróżny odpowiada za to, by dotrzeć do bramki w wyznaczonym czasie – informuje przewoźnik.
W podobnym tonie wypowiedziały się również władze lotniska w Balicach, zapewniając, że wszystkie ogłoszenia dotyczące boardingu zostały nadane zgodnie z obowiązującymi procedurami i nie stwierdzono żadnych nieprawidłowości po stronie obsługi.
fakt.pl